Shop Mobile More Submit  Join Login
About Deviant SweetChild-of-PrayerFemale/Antarctica Recent Activity
Deviant for 3 Years
Needs Core Membership
Statistics 43 Deviations 5 Comments 861 Pageviews
×

Favourites

Activity


Można się oszukiwać przez niezliczoną ilość czasu. Niektórym udaje się robić to skutecznie przez całe życie. Serio, mówi się nawet, że kłamstwo powtórzone określoną ilość razy STAJE SIĘ prawdą. Może dzieje się tak na skutek wyparcia ze świadomości prawdy właściwej. Umysł ludzki ma niesamowite umiejętności dopasowywania rzeczywistości do własnych celów. Mówię z doświadczenia.

Prawda jest taka, że nie mam dobrego zdania o gatunku ludzkim. Kiedyś chyba miałam lepsze, ale nigdy nie udało mi się zostać fanką ludzi jako takich. Większe grupy mnie przerażają bo nie umiem się w nich odnaleźć. Potrzebuję trochę więcej czasu niż przeciętny człowiek, żeby kogoś zaakceptować oraz sama zostać zaakceptowana. Chyba nie robię dobrego pierwszego wrażenia. O ile robię jakiekolwiek, bo żeby mówić o pierwszym wrażeniu, trzeba zapamiętać człowieka po pierwszym kontakcie, a nie jestem do końca pewna, czy ludzie kojarzą mnie po pierwszym spotkaniu. Zawsze wychodziłam z założenia, że lepiej mieć wąskie grono oddanych, prawdziwych przyjaciół niż milion mniej lub bardziej kojarzonych znajomych, z którymi tak naprawdę nic cię nie łączy. Dawno już wyrosłam z chęci przypodobania się wszystkim i dążenia do tego, żeby każdy mnie lubił. Nigdy nie byłam popularna, towarzyska, otwarta, żywiołowa, energiczna, prospołeczna, szczególnie lubiana (choć szczególnie nienawidzona chyba tez nie) ale jakoś udało mi się funkcjonować wśród ludzi, bo i tak nie było innego wyjścia.

Z perspektywy czasu zastanawiam się, ile z tego było moją winą.

Wiadomo, ludzie są różni. Z niektórymi cechami charakteru się rodzą. Temperament też jest chyba wrodzony. Jak jest z usposobieniem i nastawieniem do innych nie jestem pewna, ale mam czasem poczucie, że początki więzi społecznych i jakakolwiek chęć ich podejmowania zaczyna kształtować się bardzo wcześnie, w momencie, kiedy chyba nie do końca jesteśmy jeszcze tego świadomi. Może nieśmiałość w dorosłym życiu jest nieraz skutkiem pojedynczego, traumatycznego wydarzenia z dzieciństwa, które zostawiło trwały ślad w psychice choć nie pamiętamy nawet, czym było i CZY było. Może otwartość jest uwarunkowana wspieraniem i zachęcaniem małego dziecka do samodzielnego odkrywania świata w najwcześniejszej fazie życia. Serio, nie mam bladego pojęcia. Pewnie zjawisko jest znacznie bardziej skomplikowane, ale nie byłabym zaskoczona, gdyby okazało się, że COŚ w tym jest.

Może ja też noszę w sobie taką traumę. Nie wiem. Wiem jedynie, że nigdy nie przepadałam za grupami społecznymi, w których musiałam funkcjonować, zazwyczaj z konieczności a nie własnego wyboru. Pamiętam, jak nienawidziłam przedszkola. Poza oczywistym faktem pożegnania na kilka godzin dziennie wygodnego życia w domu nie zawsze czułam chęć i potrzebę zabawy z innymi. Autentycznie, na początku każde wyjście do przedszkola kończyło się płaczem. Co niewiele dało, bo rodzice bezlitośnie mnie tam zostawiali, ale jednak. Co ciekawe, mój brat miał identycznie, a spędził w tej instytucji kilka lat więcej (jest młodszy) a jest teraz zupełnie innym człowiekiem niż ja. Przynajmniej jeśli chodzi o kwestie towarzysko-społecznie.
Szkoła też mnie męczyła. Co prawda do samej nauki od początku podchodziłam bardzo ambitnie, o tyle ciężko mi powiedzieć, że lubiłam ludzi, z którymi przebywałam na co dzień. Zazwyczaj miałam coś do mojej klasy zarówno w podstawówce (dziwne dzieciaki), w gimnazjum (banda indywidualistów - choć z perspektywy czasu ich chyba lubiłam najbardziej, albo lepiej: z kilkudziesięcioosobowej klasy lubiłam najwięcej osób w przeliczeniu na liczebność całej grupy co dawało wynik: kilku) jak i liceum (banda debili i nieuków - ta opinia akurat była bardzo uzasadniona). Na studiach nie było dużo lepiej - ludzie z AWFu prezentowali poczucie humoru i zachowania rodem z gimnazjum przez co kompletnie nie potrafiłam odnaleźć się w ich towarzystwie, natomiast społeczność mojej magisterki na UJ - cóż, tu było mi chyba najlepiej, ale głownie przez to, że tak naprawdę każdy najbardziej był zajęty sobą. Niektórzy byli może odrobinę zbyt ambitni, niektórzy wkurzali samą twarzą ale - znowu z perspektywy czasu - jeśli miałabym cofnąć się do jakiegokolwiek etapu w moim życiu, byłyby to te ostatnie 2 lata nauki. Chociaż wówczas miałam różne myśli.

Jeśli chodzi o pracę, jednym z moich największych lęków było to, że znajdę się z grupie ludzi, których nie polubię i/lub którzy nie polubią mnie. Przerażona perspektywą spotkania z kolejną obcą grupą zebrałam w sobie całą moją skromną odwagę i podjęłam próby socjalizacji. Na początku było ciężko, ale z czasem okazało się, że jedną z dwóch dobrych rzeczy, jakie trafiły mi się w pierwszej pracy, byli ludzie. Wspominam tą ekipę do dziś i choć kontakt nie jest już taki sam, mam nadzieję, że kiedyś jeszcze spotkamy się w tym gronie.

W mojej obecnej pracy jestem członkiem kilkunastoosobowego zespołu, którego skład zmienia się nieprzerwane od kilku miesięcy. I choć od lutego nie ma w nim osób, o których mogłabym powiedzieć, że faktycznie ich nie lubię (żegnaj K.), o tyle u większości znajduję zazwyczaj jakieś drobne, niepozorne cechy czy zachowania, które nieziemsko mnie drażnią. Czasem mam wrażenie, że szukam dziury w całym i sama stwarzam sobie powody, żeby się do nich zniechęcić. To akurat w moim przypadku nowe i nie za bardzo wiem jak to interpretować. Może ja po prostu MUSZĘ mieć jakichś wyimaginowanych wrogów? Na początku bardzo się izolowałam na skutek dość poważnej depresji wywołanej samą pracą, potem się przełamałam i przez chwilę wydawało się, że jest lepiej. Teraz mam wrażenie, ze wracam do punktu wyjścia. Co ciekawe, niektóre osoby spoza mojego zespołu lubię dużo bardziej, niż niektóre w moim zespole. Zawsze podobało mi się bycie trochę na przekór, bo czemu mam być taka jak wszyscy?

Zdaje się, ze przekora jest jedną z przyczyn, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym teraz jestem. Kogoś lubią WSZYSCY? To ja nie za bardzo. Kogoś innego nie lubi NIKT? Prawdopodobnie będę pierwszą, która się odezwie. Takie rzeczy się zdarzały. O ile nonkonformizm w pozostałych kwestiach życiowych jest mi raczej obcy, o tyle w dobieraniu sobie towarzystwa odgrywał swoją rolę. Coś z tego zostało mi chyba do dziś jak pomyślę o moich ulubionych znajomych z pracy. To nie tak, że przyjaźnię się z wyrzutkami ale potrafię dogadać się z ludźmi, o których inni (czytaj: mój zespół, królowie życia) mają średnie zdanie. Ale to jest właśnie jeden z (wielu) ich problemów - uważają, że są najwspanialsi i najmądrzejsi na świecie tylko dlatego, ze robią to co robią. Wykonują ważną i skomplikowaną pracę wymagającą MYŚLENIA. Nie to co inne zespoły, których praca polega na tępo powtarzanych, niewymagających użycia mózgu czynnościach. Królowie życia są bohaterami w swoim projekcie. Szkoda tylko, że płacą im tak mało, że średnio po półtora roku zmieniają pracę. Nieważne, nie o tym.

W pewnym momencie życia środowisko ludzi, w którym się znajdujesz robi się trochę hermetyczne. Jest praca, jest dom (rodzina - ok, nie u mnie ale ogólnie), są jacyś znajomi, ewentualnie jakieś grupy, z którymi dzielisz zainteresowania, jeśli masz takowe i czas na ich realizację poza pracą. Nie poznajesz nowych ludzi codziennie (wiem, są wyjątki), każdego dnia spotykasz te same twarze i nie masz zbyt wielu okazji, żeby poszerzyć grono znajomych. Jeśli udało ci się do tego czasu zyskać zaufane grono przyjaciół, przy odrobinie szczęścia drugą połówkę i wciąż masz pełną, kochającą rodzinę - prawdopodobnie wygrałeś życie.
Gorzej, jeśli nie.

Czasem zastanawiam się nad tym, co mogłam zrobić inaczej. W którym momencie powinnam była nagiąć się trochę bardziej, olać własne potrzeby, przemóc niechęć i (niejednokrotnie) strach i wyjść do tych ludzi. Może powinno to było nastąpić w okresie nastoletniego buntu (którego prawdę mówiąc nawet nie przeżyłam), kiedy spędzałam weekendy samotnie w domu, nie chodząc na imprezy (ok, nie było może zbyt wiele miejsc i okazji, ale rówieśnicy czasem gdzieś wychodzili), poddając się lekko nadopiekuńczej matce, która nie chciała, żeby wychodziła i wracała sama nocą do domu bo przecież jestem DZIEWCZYNĄ a na dziewczyny czyhają gorsze rzeczy niż na chłopaków. Może właśnie wtedy powinnam była się zbuntować i zacząć proces socjalizacji z rówieśnikami, z których nie wszyscy byli przecież tacy źli. Powinnam była zmienić nastawienie z "tak naprawdę mi się nie chce" na "będzie fajnie" bo w sumie dlaczego miałoby nie być?
Powinnam była zrobić dużo rzeczy, których wówczas nie zrobiłam.

Teraz też powinnam COŚ zrobić. Wyjść do ludzi, póki jeszcze jest czas (wierzę, że jest) i dać się polubić. Wydawało mi się, że nawet spróbowałam. Dziś pokazano mi, że przede mną jeszcze długa droga.

Wiem, że to nie tak, że świat mnie nienawidzi, albo działa zawsze przeciwko mnie. Częściej to ja działam przeciwko światu, a rzeczywistość interpretuję na swoją modłę, choć prawda jest inna. Nie wszyscy ludzie, którzy mnie znają, nie lubią mnie. Znaczna ich część ma mnie po prostu w dupie i w wielu przypadkach jest to pewnie spowodowane moją postawą wobec nich, zdeterminowaną z kolei ich postawą wobec mnie. W tym miejscu jestem gotowa przyjąć na siebie część winy za to, jak ludzie mnie widzą i traktują. Ale tylko część. Zauważam jednak błędne koło.

Nie zmienię mojego temperamentu ani niektórych cech mojego charakteru. Ciężko jest walczyć z introwertyzmem lub brakiem przebojowości, a nieśmiała osoba nie obudzi się pewnego dnia odważna i gotowa przejąć władzę nad światem. Mogę próbować modyfikować własne zachowania i dwa razy zastanowić się, zanim powiem "nie" jakiejś propozycji, tylko boję się, że dotarłam do miejsca, gdzie nie będzie już żadnych propozycji.

Cholerna potrzeba akceptacji. Mogę ją wypierać jak długo chcę, udawać, że nie istnieje, że mam gdzieś wszystkich ludzi ale powoli dociera do mnie, że to bzdura. Potrzebuję tych gnoi. Nie wszystkich, nie każdego równie często, nie w każdym momencie, ale potrzebuję. Uczucie wykluczenia i pominięcia jest podłe. Ludzie potrzebują akceptacji i poczucia przynależności żeby zdrowo funkcjonować. Od dość długiego już czasu obserwuję własną psychikę w strzępach, bo nie należę do nikogo i dla nikogo nie jestem najważniejszą na świecie osobą. Serio, ilość i różnorodność moich problemów w stosunkach międzyludzkich starczyłaby na utworzenie kilku pozaziemskich cywilizacji. Nawet jeśli odrobinę wyolbrzymiam, wiem, że szczególnie dobrze też nie jest.

Jak ja mam to ogarnąć?
Myśl jedna: Z każdej sytuacji jest wyjście, czasami wystarczy się rozejrzeć lub spojrzeć w Górę.

R.S.
  1. Nie wracaj do przeszłości, mam na myśli wszystkie negatywne emocje z nią związane (były związek, zakończona przyjaźń etc.). Przeszłości już nie zmienisz, skup się na tym co jest tu i teraz i nad tym co będzie.
  2. Miej w dupie to co myślą o Tobie inni. Oni za Ciebie życia nie przeżyją.
  3. Nigdy nie porównuj swojego życia do życia innych. Skup się na sobie, na swoim otoczeniu - to Ty żyjesz dla siebie, nie musisz nikomu dorównywać. 
  4. Pozbądź się ze swojego życia ludzi, którzy tylko czekają żeby wbić Ci nóż w plecy.
  5. "Szczęśliwi do byłych nie piszą" - daruj sobie stare związki, skoro nie wyszło wam raz, to istnieje małe prawdopodobieństwo, że za drugim/trzecim/czwartym razem będzie inaczej.
  6. Zwróć uwagę na drobne rzeczy w trakcie dnia, być może ktoś chce wejść do Twojego życia, a Ty wcześniej nie zwracałeś/aś na to uwagi?
  7. Przyjmuj na klatę wszystko co przyniesie Ci życie, obracaj to w żart, podchodź do życia na luzie (ale nie za bardzo!), bez narzekania i pretensji. Co ma być to będzie.
  8. Nigdy nic nie planuj, bo plany lubią się pieprzyć - szczególnie jak bardzo Ci zależy.
  9. Naucz się być szczęśliwym samemu, wtedy bycie z kimś stanie się kwestią wyboru, a nie koniecznością.


Pożyczone od Kamilev.

Obalamy korpomity.

1. Nie wyrabiasz się, bierzesz nadgodziny, żeby trochę nadrobić (nie to, że ja bo ja odliczam minuty do wyjścia, ale ogólnie)

Źle. Nie bierze się nadgodzin. Jeśli bierzecie nadgodziny, nie jesteśmy w stanie obiektywnie zmierzyć, ile czasu potrzeba na wykonanie procesu. Róbcie tyle, ile robi się w ramach godzin pracy. Niektórzy się wyrabiają.

2. Odpuszczasz urlop, żeby trochę nadrobić (również nie ja, urlop jest cudowny)

Źle. Urlop trzeba brać, zwłaszcza masowo pod koniec roku, bo jeszcze nie daj Boże będziemy musieli wam za niego wypłacić. Pamiętacie tylko, że nie bierzemy wszyscy naraz, nawet jeśli na wykorzystanie zostają 2 miesiące bo przecież ktoś pracować musi.

3. Nie dajesz sobie rady w zespole robiącym pokręcone rzeczy, więc grzecznie prosisz o możliwość przeniesienia do innego zespołu, który robi nieco mniej pokręcone rzeczy (bardzo ja)

Źle. Za krótko pracujesz, żeby obiektywnie ocenić swoje umiejętności, a wiedza przychodzi z czasem. I to nie u każdego, bo można przepracować kilka lat, a pokręcone rzeczy dalej wydają się tak samo pokręcone. Ale co się przejmujesz, trzeba się trochę wyluzować i robić swoje, klient się na ciebie nie skarżył, więc nie jest źle. To, że czegoś nie rozumiesz, nie ma żadnego znaczenia. Nie podchodź idealistycznie (!!!) do pracy, bo nigdzie nie da się rozwiązać wszystkiego w jednym momencie. Masz zespół, na który możesz liczyć, masz też nas, do których możesz przyjść i dobrze, że to robisz (ale trochę przesadzasz). Zostań tam gdzie jesteś, to fantastyczne wyzwanie a wyzwania trzeba podejmować (poza tym nie chce nam się znowu szukać kogoś nowego i uczyć go tych wszystkich dziwnych rzeczy, więc twoja obecność jest jak najbardziej w naszym interesie a to jest przecież NAJWAŻNIEJSZE).

I guess we're going old school. Któregoś przełomowego dnia trzeba będzie po prostu przynieść wypowiedzenie.

Swoją drogą jak łatwo jest stworzyć iluzję względnie ogarniętej, kompetentnej osoby, która dobrze wykonuje swoją pracę. Jest zajebiście, bo nikt się nie skarży.
Umiejętność kreowania fikcji: + 500
Brawo ja.
Nie można mieć wszystkiego.

Wiem, że dobrze jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Wiem, że wyobrażenia zazwyczaj są lepsze niż rzeczywistość a oczekiwania większe niż możliwości. Wiem, że zajebiście jest wytrwale dążyć do celu nie przejmując się porażkami, podejmować wyzwania i samorealizować się pod wszystkimi możliwymi względami.
I wiem, że to nie na moją głowę.

Let the symphony of hate begin!

Co można mieć?

Żeby nie było, że wyłącznie narzekam i narzekanie to jest monotematyczne (bo zasadniczo będzie), na początek kilka pozytywów.

a) jestem zdrowa (to jest naprawdę super, choć teraz nie pogardziłabym mniej lub bardziej lewym L4; po prostu nienawidzę mojej pracy)
b) moja rodzina jest zdrowa (to jest naprawdę spoko)
c) dobrze mi się mieszka z moja lokatorką - może poza chwilami, w których słucha Timberlake'a (za często) i spotyka się ze swoimi facetami wciąż nie mogąc zdecydować, którego z nich woli (szkoda, że mi nikt nigdy nie dał wyboru między jebanym prezesem a pierdolonym modelem, może moje samopoczucie i samoocena byłyby lepsze kurwa jego mać!!!)
d) utrzymuję kontakt z ludźmi z byłej pracy (ok, poszczególnymi osobami. Ale najważniejszymi. Ludzie to jedyny komponent, dzięki któremu wytrzymałam tam tak długo. Za długo. A może właśnie wystarczająco, chuj by wyczuł)
e) nie martwię się o kasę (jeszcze. Ale premii żal)
f) mam naprawdę sensowne, uporządkowane życie
g) nie mam na nie żadnego planu, ani podstawowego, nie wspominając już o planie B, nie mam bladego pojęcia co będę robić za rok czy dwa, gdzie wyląduje (choć mam nadzieję, że nigdzie, w sensie nie będę musiała się stąd wynosić) i czy w międzyczasie nie trafi mnie jasny szlag na skutek paru chorób psychicznych, których początkowe objawy już u siebie diagnozuję...

Miało się zacząć pozytywnie. Nieważne.

Czego nie można mieć?

Praca chyba co do zasady została skonstruowana tak, żeby jej nie lubić. Gdyby się ją lubiło, nie nazywałaby się pracą tylko hobby.
Chociaż jest chyba jakieś powiedzenie, które mówi "Choose a job you love and you will never have to work".
Job you love my ass.
Nigdy, w przypadku żadnej pracy nie czułam, że ją lubię, nigdy nie szłam do pracy w przyjemnością ani chęcią, nigdy nie miałam poczucia, że moja praca ma sens, coś mi daje albo cokolwiek zmienia.
Nigdy.

W tym momencie na samą myśl o pójściu do pracy i spędzeniu całego dnia w chaosie, na nieumiejętnych próbach ogarniania czegokolwiek, tworzeniu iluzji, że wiem co robię i jak robię oraz udawaniu, że niechcący nie zauważyłam powiększającej się sterty czekających na moje innowacyjne rozwiązania maili, spraw, zagadnień, problemów, pomyłek całego świata które jak jebany bumerang wracają do nas (bo jak to ktoś z mojego teamu podsumował: "Dzięki temu, że inni się mylą my mamy pracę") JEST MI TAK SŁABO, ŻE KOMPLETNIE NIE MAM OCHOTY WSTAĆ Z ŁÓŻKA. Mimo tego, że mój lider kazał mi się wyluzować (cytat dosłowny) a wszyscy wokół uparcie jak jeden mąż powtarzają, że potrzeba więcej czasu - progres jest daleko poza linią horyzontu. Przynajmniej ja tak to widzę. Znowu jest tak, że każdy kolejny dzień jest jebanym zwycięstwem. Nawet odliczanie do kolejnego weekendu boli, zwłaszcza w poniedziałek czy wtorek (wtedy mówię sobie: "Baby steps. One day at the time". Czasem nawet pomaga).
Mam ochotę się zwolnić i odciąć od źródła mojego problemu...

...co natychmiastowo stworzy kolejny problem związany z procesem szukania kolejnej pracy, ogarniania od zera kolejnych niezrozumiałych procedur, nieudolnych prób wpasowania się w środowisko i integracji z grupą, chwilowym (jak dobrze pójdzie) brakiem płynności finansowej i ostatecznie najprawdopodobniej skończeniem dokładnie w tym samym miejscu, w którym jestem teraz. Może jedynie bogatsza o informację, czego jeszcze w życiu nie chcę robić i do czego jeszcze się nie nadaję.

I jak tu nie chodzić wiecznie sfrustrowanym i wkurwionym?!

Tak naprawdę nie lubię zmian. Cenię sobie porządek, sprawdzone schematy i systemy, zrozumiałe polecenia, określoną kolejność i powtarzalność, bo wszystko to daje poczucie bezpieczeństwa a bezpieczeństwo jest zajebiście WAŻNE. Fajnie jest wiedzieć, co się robi, jeszcze fajniej po co się to robi i jak to dobrze zrobić.
Nie ma opcji, żebym obecnie czuła się bezpiecznie.

Może jestem dużo bardziej tępa, niż wszyscy myśleli.

Człowiek uczy się całe życie i głupi umiera, a niektórzy po prostu nie nadają się to niektórych rzeczy. Z określonymi faktami dobrze jest się pogodzić, im wcześniej tym lepiej, ale nie wiem, czy robienie testów predyspozycji zawodowych w wieku 25 lat (po skończonych studiach) jest rozwiązaniem.
Prawdę mówiąc nie mam pomysłu na żadne rozwiązanie.

"Nie traktuj życia zbyt serio. I tak nie wyjdziesz z niego żywy."


Może faktycznie czasem warto się wyluzować. Ale żeby nawet to wymagało tak ciężkiej pracy nad sobą..?

deviantID

Interests

AdCast - Ads from the Community

Comments


Add a Comment:
 
:iconboholmphotography:
BoholmPhotography Featured By Owner Feb 20, 2013  Student Photographer
Thanks for the fav
Reply
:iconharlewood:
harlewood Featured By Owner Nov 24, 2012   Artisan Crafter
thanks for the fav! :)
Reply
:iconinnsjo:
innsjo Featured By Owner Nov 17, 2012   General Artist
thank you for the fav :)
Reply
:iconsweetchild-of-prayer:
You're welcome :) Love this picture!
Reply
Add a Comment: